Moja edukacja

Mój pierwszy dzień w szkole, jakoś specjalnie, nie utkwił mi w pamięci.

Do szkoły poszłam mając 7,5 roku, gdyż urodziłam się w styczniu. Do szkoły prowadziła mnie mama, niosła mój tornister, a ja jechałam, sama, dwukołowym rowerem.

Nie było wtedy szkół integracyjnych, była szkoła masowa i szkoła specjalna. Nie słyszałam też o nauczaniu indywidualnym. Każdy, nawet mocno niesprawny fizycznie, z normą intelektualną, chodził do szkoły, tylko rodzice musieli go „dostarczyć”.

Miałam szczęście trafić na mądrych, doświadczonych, nauczycieli, którzy uczulali uczniów na moje potrzeby. Koleżanki i koledzy bardzo chętnie mi pomagali, zwłaszcza, gdy np lekcje wcześniej się skończyły i moja mama nie miała szans by mnie odebrać ze szkoły. Telefon dostaliśmy dopiero w latach 90.

Kiedy miałam 10 lat dostaliśmy samodzielne mieszkanie, i z tego powodu zmieniłam szkołę. Kiedy pojawiłam się w klasie, nauczycielka poprosiła, abym wyszła, gdyż ona musi porozmawiać z uczniami. Kiedy wróciłam dowiedziałam się, że w trosce o moje bezpieczeństwo, nie będę wychodziła na przerwy. Moja przerwa będzie tuż po dzwonku na lekcje.

W następnym roku szkolnym władze zadecydowały, że już w żadnej szkole nie będzie lekcji religii, w tej sytuacji mama przeniosła mnie do szkoły mieszczącej się przy ul Piekary.

W tej szkole to nawet wybrano mnie do samorządu klasowego.

Potem liceum, mimo, że nie było bliżej, (ok. 1 km), ani też moja sprawność nie była lepsza, postanowiłam do szkoły chodzić pieszo, żadnego miejskiego dojazdu tam nie było i nie ma. Rano z mamą, zawsze pod rękę, która i tak w tym kierunku szła do pracy. Z powrotem sama, bywało, że ktoś niósł mi teczkę, ale ja chodziłam bardzo wolno, musiałam być skupiona na każdym kroku, nie było więc mowy o konwersacji, więc, zazwyczaj teczka „szła” prędzej, potem przynoszono mi ją do domu.

Większość uczniów mieszkała na starówce, tylko kilkoro z nas na bydgoskim przedmieściu.

Też i z tego powodu nie uczestniczyłam w pozaszkolnym życiu klasy. Kiedy ja dreptałam do domu oni, całkiem spontanicznie, spotykali się u jednego z nich. Nie włóczyłam się z nimi, i tak nie dotrzymałabym im kroku.

Kiedy po latach zaprosili mnie na spotkanie, byłam zaskoczona. Przyszło kilka osób, które zarówno wtedy, jak i nadal, utrzymują ścisły kontakt. Ja jednak byłam z innej bajki. Mimo to jeszcze kilka razy byłam na takim spotkaniu.

Akurat wtedy byłam o kulach, nie wózkiem, kilka razy przemierzyliśmy dystans „teatr-pomnik Kopernika”, zanim znalazła się reszta towarzystwa. Ustalili dokąd idziemy i ruszyli. Ruszyli tak, że znów mnie zostawili, gdyż bardzo byli zajęci sobą. Kiedy się zorientowali, poczekali na mnie, puścili mnie przodem…znów samą.

Ostatnie spotkanie, latem, w ogródku piwnym, przyjechałam wózkiem, więc nie miałam kul.

Dość szybko, kolega, w trosce o mnie, spytał czy wytrzymam bez korzystania z WC? Nawet nie mam takiego zamiaru, odpowiedziałam. W końcu poprosiłam koleżankę, która nigdy tego nie  robiła o pomoc, asekurację. To cała wyprawa. Najpierw zejście po schodach, potem długo korytarzem, miałam wrażenie, że jestem aż pod ul Franciszkańską, mimo jej życzliwości, niestety, nie czułam się bezpiecznie.

Dziękuję tym wszystkim moim nauczycielom, którzy potrafili przedstawić uczniom moją osobę i moje potrzeby. Nigdy nie usłyszałam żadnego przezwiska, ani w szkole, ani na podwórku…hm, na podwórku, trochę tę sytuację ułatwiał mi fakt, że miałam „kartę przetargową” rower i chętnie go użyczałam zawsze wtedy, gdy nie był mi niezbędnie potrzebny. Muszę tu dodać, że ja cały czas, marnie, ale chodzę. Nigdy zaś nie mogłam chodzić ani szybko ani daleko. Bywało, że rower „odjechał” na nieco dłużej, do domu zawsze mogłam dojść samodzielnie, gdyż zazwyczaj byłam na swoim podwórku lub na mojej, krótkiej, ulicy. Często rower stał w korytarzu, czasem zapomniany, nawet przez noc. Sporadycznie „wyjeżdżał”, ale zawsze na noc był pod dachem. Tylko raz „wyjechał” i nie wrócił noc. Mama, w nadziei, że się jednak znajdzie, poczekała do rana i rano poszła na zwiady, stał w korytarzu mojego kolegi, widocznie zapomniał go odstawić.

Zawsze byłam bardzo punktualna, to zasługa głównie mojej mamy i obowiązkowa.

W podstawówce uczyłam się bardzo dobrze, potem było nieco gorzej, z matematyki zwłaszcza. Ale, co może wydać się dziwne, kochałam fizykę i chemię.

Niestety, w tamtych czasach, dzieci niepełnosprawne były z WF zwolnione, to tak jakby zabronić dziecku, któremu słabo idzie matematyka, przychodzić na lekcje matematyki.

W szkole pomaturalnej znów problem jak dotrzeć do szkoły. Najpierw mieściła się ona przy ul Żwirki i Wigury, potem przeniosła się do zabytkowego, wybudowanego w 1698 roku obiektu, przy ul św Jana 1/3, gdzie dawniej, mieściło się kolegium jezuickie. Trzeba tu dodać, że jego dawne, barokowe fasady były pokryte bogatymi dekoracjami stiukowymi, podobnie jak np. Kamienica pod Gwiazdą, Łuk Cezara, czy Pałac Dąmbskich. Zdobiły ją także barwne malowidła. Po II rozbiorze w 1793 roku, kiedy Toruń trafił pod panowanie pruskie, gmach został przebudowany i adaptowany na koszary wojskowe; usunięto m.in. piękną sztukaterię z fasad. W latach 1970-1972 budynek był restaurowany, kiedy to przywrócono mu, choć nie w pełni, formy barokowe z klasycystyczną fasadą i odsłonięto fragment gotyckiej wnęki z polichromiami od strony katedry.

 

Do szkoły na Żwirki wiadomo, jechałam autobusem, na Jana, zarówno pieszo, jaki od Placu Rapackiego ok. 1 km, dla mnie to daleko. Tak więc, w tej szkole z internatem i stołówką, siedziałam cały dzień, zwłaszcza, że zajęcia były i rano jak i po południu. Nie zdążyłabym, ani pieszo, ani autobusem, dotrzeć do domu, zjeść obiad i punktualnie wrócić.

W tej szkole, w ramach lekcji WF, jeździliśmy na kryty basen do Chełmży, jeździliśmy, bo i mnie zabierano, to jedyna szkoła, w której uczestniczyłam w lekcjach WF.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *